Cienie nad Zefyrionem – geneza konfliktu ludzi i demonów [+fragment pierwszego rozdziału]
Demony i ludzie żyli kiedyś dom w dom. Jak doszło między nimi do wojny?
Co działo się wiele lat przed wydarzeniami pierwszego tomu Cieni nad Zefyrionem?
Uniwersum Zefyrionu – analiza świata
Współczesny Zefyrion to świat zdefiniowany przez wyraźną linię demarkacyjną: z jednej strony potężne, zasilane magią kapłanów bariery chroniące mieszkańców Kopuł, z drugiej zaś nieprzenikniony masyw gór Tenebrat, za którymi życie zbudowały wygnane demony. Historia tego podziału jest polem bitwy dwóch sprzecznych narracji (ludzkiej i demoniej), z których każda rości sobie prawo do miana jedynej prawdy.
Geneza podziału: Strach przed nieznanym czy polityczna kalkulacja?
Historyczne przekazy są zgodne co do jednego: przed erą Kopuł ludzie i demony żyli w koegzystencji na otwartych przestrzeniach, a punktem zwrotnym było powstanie kasty kapłańskiej, powołanej tuż przed wybuchem Wielkiej Wojny.
Z perspektywy ludzi, utworzenie Loży Kapłańskiej było koniecznością. Ówczesny przywódca ruchu, mistrz Inardius argumentował decyzję naturalną przewagą fizyczną demonów, ich potężną magią oraz rosnącymi wpływami (w tym licznymi związkami z ludzkimi kobietami), co miało spychać gatunek ludzki do roli drugoplanowej. Dla zwolenników tego obozu, wojna z demonami oraz podtruwanie ich źródeł wody regnamortusem były drastycznymi, ale niezbędnymi środkami w walce o przetrwanie i podmiotowość ludzi.
Krytycy nowego porządku widzieli w tym jedynie brutalny zamach stanu. W ich oczach kapłani, wiedzeni zazdrością o demoniczną doskonałość, zniszczyli prosperujący świat, by na jego zgliszczach zbudować system oparty na tyranii i strachu. Czy słusznie?
Dziedzictwo krwi: Kto jest prawdziwym agresorem?
Dopiero po zwycięstwie i wypędzeniu demonów, kapłani powołali do życia projekt Kopuł. Miejsc bezpiecznych do życia dla ludzi. Propaganda kapłańska od dziesięcioleci malowała obraz demonów jako krwiożerczych bestii szykujących się do odwetu. Jednak obiektywny obserwator musi zadać pytanie: czy nienawiść wygnanych istot była cechą ich natury, czy rezultatem wygnania i dekad upokorzeń?
Nad Zefyrionem zbierają się cienie. Szala sił wydaje się chwiać. System oparty na zasilaniu energią kapłanów barier ochronnych nad miastami wymaga coraz większych poświęceń, a do Kopuł docierają wieści o demoniej królowej zza gór, której polityka gromadzi coraz więcej sprzymierzeńców, w tym ludzkich. Z jednej strony mamy więc cywilizację, która przetrwała dzięki surowej strukturze, z drugiej zaś, wygnaną rasę, która pragnie odzyskać swoje miejsce.
Podsumowanie: Świat bez czystych rąk
W Zefyrionie nie ma jednoznacznych bohaterów. Kapłani mogą być postrzegani zarówno jako zbawcy ludzkości, jak i cyniczni manipulatorzy. Demony mogą być ofiarami niesprawiedliwej czystki lub realnym zagrożeniem, które tylko twarda ręka kasty była w stanie powstrzymać.
Kto jest w tej historii dobrym, a kto złym pozostaje otwarte i do decyzji Czytelnika. Wybierz stronę mądrze.

Przeczytaj fragment pierwszego rozdziału powieści Cienie nad Zefyrionem.
Konfrontacja była nieunikniona. Przycisnęłam plecy do skał i nasłuchiwałam. Koniec końców musi popełnić błąd. Stanąć na gałązkę, która złamie się z trzaskiem, lub zaalarmować ptaki. Wystarczy jeden niepasujący do leśnej melodii szelest czy niesforne ziarenko piasku sunące w dół zbocza. Zadowolę się czymkolwiek!
Korębowy kij stabilnie leżał w dłoni. Ćwiczyłam to setki razy. Lekkim krokiem obrałam kierunek na sektor porośnięty paprociami. W lasach Kopuły Gryf nawigowało się łatwo. Krajobraz pozbawiony był elementu losowości. Przestrzeń od bramy zachodniej obsadzono regularnie roślinami trującymi, pnączami oraz drzewami o mięsistych koronach, które pochłaniały większość światła i ciepła. Wystarczyło znać cztery najbliższe sektory, by zaplanować skuteczny bój. Ten przeciwnik znał je wszystkie.
Na nic zdała się zmiana pozycji. Gdy niebo zasnuła wieczorna szarość, a chłód bez przeszkód wdarł się pod płócienną szatę, straciłam cierpliwość. Wczołgałam się między paprocie, przeklinając w myślach swoje położenie. Chcąc nie chcąc, łodygi kołysały się lekko pod naporem ciała. Na szczęście mgła skryła ten ruch na tyle, bym mogła dyskretnie dotrzeć do sektora Archentów. Kapłani twierdzą, że w jesienne wieczory można dostrzec ich oddechy. Jak to zwykle bywa w legendach, doświadczyć cudu mogą tylko wybrańcy. Typowa historyjka dla dzieci, zbywana przez wędrownego bajarza za kilka zyntarów. Drzewo to drzewo. Nie gada i nie oddycha. Ma swoją pasywną energię i tyle.
Przemierzałam chrupiący podszyt, stąpając wyłącznie po omszałych enklawach. Strategia drzewo-nasłuchiwanie-drzewo przyniosła w końcu oczekiwany rezultat. Na oko dziesięć susów dalej, z leciwego pnia uniósł się biały opar.
– Mam cię… –wyszeptałam i zagryzłam wargę.
Zbadałam teren z dystansu. Był tam.
Poła ciemnej szaty zniknęła za grubym konarem. Nie ma na co czekać. Adrenalina wzięła górę.
Niekontrolowany okrzyk wojenny wyrwał się z mojego gardła. Trzasnęłam kijem na oślep, zanim zupełnie obnażyłam swą obecność. Nic z tego.
Spadł z nieba tuż za mną i od razu wymierzył cios. Prosty atak drewnianym kosturem był tak mocny, że ledwo zdołałam utrzymać blokadę.
Kij pękł z trzaskiem na dwoje.
Przeciwnik nie zwlekał. Serią ukośnych cięć próbował obić mi boki. Musiałam improwizować. Wytrzymałam grad ciosów, wykonując akrobatyczne uniki i podskoki. Zostałam porządnie poobijana, ale adrenalina skutecznie niwelowała te drobne niedogodności. Skrzyżowałam połamane kawałki drewna, wyczekując na morderczy atak z powietrza. Kostur werżnął się między drwa i zawisł tuż nad głową, sypiąc drzazgami. Spojrzałam przeciwnikowi w twarz. Posępna mina stanowiła o nieprzyjaznych zamiarach, a pot perlił się na pomarszczonym czole. Kilka minut intensywnej walki oznaczało dla takiego staruszka nie lada wysiłek. Jak mawiają, wszystko, co żyje, kiedyś się zmęczy. W tym powiedzeniu upatrywałam szansy.
Przeciwnik przerwał impas, spychając mnie w tył. Następnie dźgnął kosturem niczym szpadą. Z gracją prześliznęłam się bokiem. Z rozpędu wypuściłam złamany kij, który trafił agresora prosto w zęby. Rozbryzg krwi z pokiereszowanej szczęki upstrzył nie tylko okoliczne paprocie, ale i moje policzki. Przeciwnik chwycił się za twarz. Taki błąd wymagał natychmiastowej reakcji. Wyrwałam kostur z jego dłoni i zaczęłam swój taniec. Pierwszy cios oparł się o nieosłonięte żebra. Próbował jeszcze manewrować rękami w nadziei na odzyskanie kontroli, ale nie ze mną te numery. Gdy solidnie obity cofnął się o krok, zakręciłam bronią w powietrzu. Trzepnięcie w łeb posłało wojownika do parteru. Seria niezrozumiałych wokaliz rozeszła się echem w ciemnym lesie. Przełknęłam ślinę, by zwilżyć wysuszone gardło przed ostatecznym ciosem.
Wtedy padło hasło.
– Mardagonia! – krzyknął pokonany i splunął krwią.
– Ha, wygrałam! Znowu cię pokonałam, staruszku!
– Jesteś znakomitą wojowniczką, Adianno. Z pewnością zdasz egzamin z wychowania bojowego. Musisz jednak wytrwale pracować nad emocjami. Niecierpliwość i rozkojarzony umysł zwodzą cię w walce – podkreślił. – Gdyby mój kostur był toporem, sytuacja mogłaby zakończyć się dużo szybciej i bardziej krwawo.
– Będę nad sobą pracować, by sprostać twoim oczekiwaniom, mistrzu Eustry – odparłam z ledwo skrywaną radością. – No i… przepraszam za ząb. To nie było celowe.
– Gdybym cię nie znał, być może dałbym wiarę – podsumował, badając palcem dziurę po trzonowcu. – Ruszajmy już. Muszę zajść do medyka, a wkrótce spotkanie Rady Kapłanów. Nie mogę kolejny raz się spóźnić.
W drodze powrotnej chętnie wspominaliśmy dawne czasy. Kapłan Eustry trenował mnie, odkąd tylko potrafiłam utrzymać kij. Pomimo słusznego wieku, który zdradzała jego siwizna, nadal prezentował doskonałą formę fizyczną. Darzyłam go szczególną sympatią, ponieważ ukrywał moje niepoważne wybryki, za które każdy inny kapłan ukarałby mnie batami, pracami w szwalni lub, co gorsza, w ogrodach.
Pewnego razu przyłapał mnie w kuchni świątynnej na dosypywaniu ziela sierpowego do herbatki, którą mieli zostać poczęstowani kapłani z Kopuły Zachodniej, wizytujący nasze miasto. Ten pospolity chwast to znane lekarstwo na wszelkie dolegliwości brzuszne. W odpowiednio dobranych dawkach łagodnie likwiduje niemożność oddania matce naturze obrzydliwych wytworów ludzkich trzewi, przynosząc upragnioną ulgę. Wydarzenia, które nastąpiły potem, nauczyły mnie, że garść jest dalece niepoprawną miarą leczniczą tej rośliny. Wizytacja kapłanów przedłużyła się o siedem długich dni, wypełnionych jękami i odgłosami cierpienia dochodzącymi ze świątynnych latryn. Arch Flarius, naczelny kapłan Kopuły Gryf, jeszcze długo tłumaczył się z tej sytuacji w stolicy, pomimo że i on padł wtedy ofiarą niezidentyfikowanego żartownisia.
Innym razem kapłan Eustry natknął się na mnie w zagrodzie koźlaków. Łagodne, rogate i ufne stworzenia. Zapotrzebowanie na ich mięso rośnie nieustannie, odkąd pamiętam. Decyzją Arcykapłana każda Kopuła ma obowiązek posiadać własną zagrodę i pomnażać stado. Co trzecia sztuka zabierana jest do stolicy, by finalnie znaleźć się na stole w Najwyższej Świątyni. Naturalnie taki stan rzeczy sprawił, że między Kopułami pojawiła się maleńka iskierka rywalizacji. Każdy Arch pragnął zapewnić Loży najsmaczniejszą koźlinę i najpiękniejsze zwierzęta. Na początku obywało się bez absurdów. Dbano o to, co jedzą zwierzęta przeznaczone na eksport. Natura robiła resztę. Z biegiem czasu wyścig hodowców o względy stolicy nabrał tempa. Zatrudniano śpiewaków do umilania zwierzętom czasu, a w niektórych Kopułach kąpano je w perfumowanych mydlinach i czesano. Ważna była częstotliwość wysyłania koźlaków. Kopuła dostarczająca więcej i częściej od innych była nagradzana dodatkowymi dniami wolnymi oraz organizacją hucznych festiwali dla mieszkańców. Co ważniejsze, taka Kopuła otrzymywała również pierwszeństwo w wystawianiu kandydatów na nowych kapłanów. To już była gratyfikacja, wobec której trudno przejść obojętnie.
Pewien młody alchemik, pod naciskiem kapłanów, opracował sposób na zachęcenie koźlaków do częstszego spółkowania. Stworzył sztuczny feromon i rozlał go wśród zwierząt. Efekty okazały się spektakularne. Zadziałało tak dobrze, że inne Kopuły dostały za zadanie wykraść recepturę albo przyprowadzić alchemika i zmusić go siłą do jego wytworzenia. Cena nie ma znaczenia, gdy można ugrać jeszcze więcej.
Tu, w Kopule Gryf, również pomnażamy swoje stadko. Swego czasu namiętnie obserwowałam poczynania hodowców. Jeden z nich, imieniem Andelus, pracował z pasją, a moje zainteresowanie hodowlą wyraźnie sprawiało mu radość. Zyskiwał wszak wiernego słuchacza. Uwielbiał opowiadać o zwierzętach i pokazywał tajniki swojej pracy. Ten jeden, jedyny raz pokazał za dużo. Zaprowadził mnie do magazynu, w którym trzymano zapas słynnego feromonu. Moje oczy rozbłysły. Przychodziłam na teren hodowli tak długo, aż dowiedziałam się, gdzie Andelus trzyma klucz od składu. Pewnej nocy zakradłam się tam i podkradłam cały słoik substancji. Rozlałam zawartość w kluczowych miejscach ogrodów świątynnych przy jeziorze, w sadzie gruszanym i w części, gdzie lubił odpoczywać najwyższy kapłan, Arch Flarius. Wkrótce potem zwierzęta stały się niespokojne, co upewniło mnie, że feromon działa.
Otworzyłam wszystkie zagrody.
Zwierzęta tłumnie ruszyły do ogrodów, becząc wniebogłosy. Kapłanów zbudził nie świt, a całkiem zabawna orgia. Przez resztę nocy i cały poranek siłą zaciągano rogacze do zagród. Część zwierząt wieziono na wozach, ponieważ z wyczerpania igraszkami nie były w stanie iść. Te, które miały jeszcze siłę, korzystały z najdrobniejszej nieuwagi hodowców, by wrócić do ogrodów po więcej. To chyba mój najlepszy wybryk. Uszedł mi na sucho wyłącznie dzięki wyrozumiałości Kapłana Eustrego.

Zainteresowała Cię ta historia? Kup książkę Cienie nad Zefyrionem żeby zanurzyć się w świat Zefyrionu, który ma jeszcze wiele do zaoferowania. Książka Cienie nad Zefyrionem dostępna jest w ofercie wydawnictwa Niepowiem oraz bezpośrednio u mnie.
